Nerwy za kółkiem

Nerwy są zdecydowanie złym doradcą. Każdy, kto lekkomyślnie zajedzie drogę czy w inny sposób utrudni ruch kierowcy niedoświadczonemu, powoduje u niego stres. Zdenerwowany kierowca, gdy niebezpieczeństwo już minie, zaczyna używać sygnału, lży swego partnera przez okno samochodu, wygraża pięścią, puka się palcem w czoło, oślepia w lusterku wstecznym itd. Wszystko to ma służyć i służy rozładowaniu napięcia. Jak się człowiek „zemści”, to i złość mija. Doświadczony kierowca jest dużo bardziej wyrozumiały. Trzeba szczególnie groźnej sytuacji, aby go wyprowadzić z równowagi. Na sytuacje w gruncie rzeczy banalne, choć dla niego niewygodne i wyraźnie zawinione przez innych, reaguje trafnie wybranym manewrem. I to wszystko.

Czasem zdarza mi się podczas prowadzenia samochodu popełnić jakiś błąd i naruszyć cudze prawa. Kiedy widzę dalszy rozwój wydarzeń na jezdni, mam poczucie winy i jest mi przykro. Obserwując jednak reakcje innych na mój błąd odnoszę wrażenie, że większość współuczestników ruchu to ludzie bardzo kiepsko jeżdżący i stąd bardzo nerwowi. Wychodzenie z każdej, choć tylko w niewielkim stopniu kolizyjnej sytuacji kosztuje ich tak wiele, że nie są w stanie opanować odruchów złości czy nawet wściekłości wynikłej z tego, że zmusiło się ich do manewru na granicy posia-danych umiejętności i wytrzymałości nerwowej.

Proponuję każdemu, kto nie może oprzeć się, żeby nie dać nauczki kierowcy, który popełnił błąd, aby zrewidował swe umiejętności w sztuce kierowania pojazdem. Być może powinien poddać się nawet badaniom psychologicznym, bo przecież zimna krew i opanowanie to niezbędne cechy dobrego kierowcy. I jeszcze jedno. Doświadczenie uczy, że kierowca, który zachowa się nieprawidłowo, natychmiast traci poczucie winy, jeżeli się mu wymyśla, kieruje pod jego adresem obelżywe gesty, straszy sygnałem dźwiękowym itd. W ten sposób nie tylko wystawiamy sobie nie najlepsze świadectwo, ujawniamy swą słabość, ale w dodatku postępujemy w sposób jawnie niewychowawczy wobec innych.

Niekiedy podczas wykonywania manewru wyprzedzania kierowca może znaleźć się w sytuacji ryzykownej. Doświadczenie pozwala na ogół trafnie określić czas i drogę wyprzedzania, aby uniknąć zderzenia z pojazdami nadjeżdżającymi z przeciwka. Takie wypadki, określane mianem zderzeń czołowych, zdarzają się stosunkowo rzadko, jeśli zważyć, że codziennie setki tysięcy pojazdów wyprzedza się wzajemnie. Natomiast znacznie częściej dochodzi do sytuacji, które można by umownie nazwać „prawie zderzeniem”. Myślę o sytuacjach, w których wprawdzie nie dochodzi do kolizji, ale samochód wyprzedzający niejako w ostatniej chwili ucieka na swą prawą stronę i wszystko kończy się tylko na strachu. Zdarza się to w wyniku wyprzedzania przy znacznie zawężonym marginesie bezpieczeństwa. Do podobnych sytuacji dochodzi wówczas, gdy kierowca wadliwie oceni istotne parametry niezbędne dla podjęcia trafnej decyzji o wyprzedzaniu. Nie doceni, na przykład, prędkości pojazdu nadjeżdżającego z przeciwka, a więc przyjmie, że porusza się on wolniej niż w rzeczywistości, może też błędnie uznać wyprzedzany pojazd za krótszy i w ten sposób nie przewidzieć, że wyprzedzanie będzie trwało odpowiednio dłużej. Przy wadliwym ustaleniu wspomnianych parametrów kierowca wyprzedzający jest wprawdzie przekonany o bezkolizyjności sytuacji, jednak przekonanie to jest błędne.

Wrócę jednak do punktu wyjścia, a więc do tezy, że czołowych zderzeń wcale nie ma tak dużo, natomiast dość dużo jest sytuacji, które jakby graniczą z wypadkiem, wywołując u wyprzedzającego i wyprzedzanego silne stresy. Człowiekowi wydaje się, że nie zdąży zjechać na prawą stronę jezdni, że nieszczęście jest tuż, ale jakoś zdąża i podróż trwa dalej. Można wszystko złożyć na karb lekkomyślności tych, którzy decydują się na niebezpieczne wyprzedzanie, ale w moim przekonaniu nie tylko wyprzedzający są winni. Jest rzeczą charakterystyczną i z psychologicznego punktu widzenia interesującą, że gdy wyprzedzający znajdzie się we wspomnianej trudnej sytuacji, nikt mu nie pomaga. A ma on przecież jeszcze dwóch „partnerów”. Myślę zarówno o wyprzedzanym, jak i o nadjeżdżającym z przeciwka. Przecież obaj doskonale wiedzą, co się święci. Co powinni uczynić, jak na kolizyjną sytuację zareagować? Otóż ten wyprzedzany zobowiązany jest zboczyć bodaj nawet na pobocze, a w każdym razie znacznie zwolnić bądź wręcz się zatrzymać, natomiast nadjeżdżający z przeciwka — również zwolnić i oczywiście zjechać jak najszybciej ku swej prawej krawędzi jezdni. Wszystko to nie wynika wprawdzie z konkretnych przepisów, ale jest naturalną konsekwencją podstawowej dyrektywy zasad ruchu, która nakazuje każdemu i w każdej sytuacji uczynić wszystko, aby oddalić niebezpieczeństwo wypadku.

Podobne wpisy