Obowiązek niedopuszczenia do wypadku

Obowiązek niedopuszczenia do wypadku skłania do bardzo różnych reakcji, żadnego katalogu zachowań wymienić tu nie sposób. Nadjeżdżający z przeciwka nie może rozumować: ja jadę po swoim pasie, mam pierwszeństwo i nic mnie nie obchodzi, bo wyprzedzający musi zdążyć zjechać na swą prawą stronę i jest to wyłącznie jego sprawa. To nie jest tylko jego sprawa, nawet jeżeli sam stworzył niebezpieczną sytuację. Jest to sprawa wszystkich, których ewentualne niebezpieczeństwo dotyczy.

Do czego zmierzam? Otóż kierowca wyprzedzający niebezpiecznie nie tylko nie ma racji, ale nie ma też i sojuszników, czego na dobrą sprawę nie rozumiem. Wyprzedzani jakby złośliwie nie zwalniają, a nadjeżdżający z przeciwka również zachowują się tak, jakby chcieli powiedzieć nieostrożnemu kierowcy: nawarzyłeś piwa, to teraz je wypij. Postawa ta zupełnie pomija fakt, że przy niesprzyjającym zbiegu okoliczności to piwo będą musieli wypić wszyscy, także i ci, którzy uważają, że jechali prawidłowo. A właśnie, czy prawidłowo? Otóż naruszenie zasad bezpieczeństwa z ich strony jest również poważne. Zaczyna się ono z chwilą, gdy nie reagują na sytuację, która może okazać się niebezpieczna, mimo że reagować powinni bez względu na to, czy przyczynili się do zagrożenia, czy też nie.

Nadjeżdżający z przeciwka, jak i wyprzedzani zachowują się często tak, jakby byli jedynie kibicami, choć grozi im zupełnie realne uczestnictwo w tym, co za chwilę może się wydarzyć. Jest to być może przekora, wytłumienie instynktu samozachowawczego, nie-chęć wobec twórcy kolizyjnej sytuacji: zawiniłeś, więc martw się sam, my jesteśmy w porządku^ Gdy w takich warunkach dochodzi do wypadku, się na ogół tylko jednego winnego, tego, który wadliwie wyprzedzał. Z reguły nie bada się ani nie analizuje reakcji współuczestników ruchu, aby ustalić, czy mogli oni odwrócić istniejące zagrożenie poprzez konkretne ustępstwa, np. zboczenie z toru jazdy, zwolnienie, zjechanie na pobocze itd. I to właśnie uważam za błąd. Myślę o jakże częstym pozostawieniu poza sprawą i poza podejrzeniami kierowców, którzy mogli wadliwie wyprzedzającemu pomóc, a jednak tego nie uczynili. Środkowym pasem jezdni jednokierunkowej, trzy- pasowej jechał volkswagen. Było już po zmierzchu. Samochód miał włączone światła mijania, ulica nie była należycie oświetlona. Wszystko działo się w rejonie przejścia dla pieszych. Gdy volkswagen był w odległości kilkudziesięciu metrów od pasów, kierowca zauważył przechodzącego pieszego. Był to starszy mężczyzna, który podążał od prawego chodnika ku lewemu. Szedł równym, zdecydowanym krokiem, patrzył w kierunku nadjeżdżającego volkswagena. Kierowca błyskawicznie ocenił sytuację — prędkość swego samochodu, prędkość pieszego oraz odległość od pasów — i trafnie obliczył, że nie musi zwalniać. Było oczywiste, że zanim samochód utrzymując dotychczasową prędkość dojedzie do przejścia, pieszy będzie już poza pasem środkowym, znajdzie się na pasie lewym, bliżej lewego chodnika, i do kolizji nie dojdzie. Zapewne podobnie kalkulował pieszy, widząc bowiem zbliżający się volkswagen ani nie zwalniał, ani nie przyspieszał kroku. Uważał, że wcześniej przekroczy środkowy pas jezdni, niż jadący tymże pasem samochód znajdzie się na przejściu.

I tak by zapewne było, gdyby nie trzeci uczestnik ruchu. Klarowna jak dotąd sytuacja nieco się skomplikowała. Otóż na tejże jezdni lewym pasem ruchu około 10 metrów za volkswagenem jechała taksówka fiat 125. Jej kierowca nie zamierzał wyprzedzać na przejściu, poruszał się ze stałą prędkością. Należy przypuszczać, że widział on znajdującego się na przejściu pieszego i doszedł do następującego wniosku: pieszy przejdzie bezpiecznie przed volkswagenem, a ponieważ na pewno widzi mój fiat jadący lewym pasem, to zatrzyma się na jezdni, aby mnie przepuścić. Kierowca fiata nie hamując i nie zwalniając postąpił jednak nieprawidłowo. Po prostu postanowił wymusić na pieszym pierwszeństwo.

Kierowca fiata był pewny, że pieszy zatrzyma się na granicy pasa środkowego i lewego, ale stało się inaczej. Pieszy idący od prawego chodnika bezpiecznie przekroczył pas prawy, którym nie jechał nikt. Bezpiecznie też przekroczył pas środkowy, bo volkswagen był jeszcze dość daleko od przejścia. Dopiero wkraczając na lewy pas pieszy zobaczył fiata. Gdyby pieszy zatrzymał się, to do wypadku by nie doszło. Volkswagen minąłby stojącego pieszego z prawej strony, fiat z lewej i pieszy wyszedłby bez szwanku. Niestety, mężczyzna przestraszył się nadjeżdżającego fiata i zaczął się szybko cofać. W ten sposób powrócił na pas środkowy akurat wtedy, gdy w tymże miejscu znalazł się nadjeżdżający volkswagen. W przedstawionej sytuacji nie było już ratunku. Pieszy znalazł się pod kołami volkswagena.

W sprawie tej prokurator oskarżył obu kierowców. Taksówkarza o to, że wymuszając pierwszeństwo w stosunku do znajdującego się na pasach pieszego niejako wepchnął go pod vołkswagena, bowiem przestraszył go i wywołał odruch ucieczki do tyłu na pas środkowy, gdzie niebezpieczeństwo było największe. Kierowcę volkswagena oskarżył o brak należytej ostrożności w rejonie przejścia. Uznał, że kierowca — widząc w lusterku wstecznym światła fiata, który po- podążał z tyłu lewym pasem — powinien był przewidywać, iż pieszy znajdzie się w trudnym położeniu i być może zacznie się cofać. Zdaniem Oskarżenia prowadzący volkswagena powinien był zwolnić lub nawet stanąć, aby dać pieszemu większe pole manewru.

Sąd kierowcę volkswagena uniewinnił, mimo że właśnie on potrącił pieszego. Wyrok ten uważam za słuszny. Kierowca fiata został skazany za spowodowanie śmierci pieszego, którego nawet nie potrącił. To orzeczenie również uważam za słuszne. Pozostaje jeszcze morał. Kierowca taksówki nie zamierzał wyprzedzać na przejściu i nie wyprzedzał. Jego jazda za volkswagenem była tzw. jazdą schodkami, czyli lewym pasem za pojazdem jadącym pasem środkowym. Tego rodzaju usytuowanie dwóch lub kilku pojazdów w rejonie przejścia dla pieszych stwarza zawsze szczególne zagrożenie. Któryś z kierowców może nie zauważyć pieszego, a pieszy może nie zauważyć samochodu.  I jeszcze jedno. W świetle przepisów obowiązującego kodeksu drogowego pieszy znajdujący się na jezdni w obrębie tzw. przejścia, a więc w miejscu oznaczonym zebrą, korzysta z bezwzględnego pierwszeństwa w stosunku do nadjeżdżających samochodów. Oznacza to, że kierujący powinni zwolnić bądź :zatrzymać się, aby umożliwić pieszemu przejście całej szerokości jezdni bez przyspieszania lub zwalniania kroku, a tym bardziej bez zatrzymywania się. Nie oznacza to jednak, że kierowca volkswagena naruszył obowiązujące go reguły w relacji kierowca—pieszy. Gdyby w pobliżu nie było wspomnianej już taksówki, ruch volkswagena, mimo że nie zmniejszył on prędkości, umożliwiał pieszemu w pełni bezpieczne przekroczenie jezdni. Natomiast kierowca fiata jawnie naruszył zasadę pierwszeństwa pieszego na przejściu. Powinien był zatrzymać swój samochód, aby nie zmuszać przechodnia choćby tylko do zmiany rytmu przechodzenia jezdni.

Najtrudniejszą kwestią w ocenie tej sprawy jest stosunek do zachowania się kierowcy volkswagena, który widział w lusterku wstecznym omówioną sytuację. Uniewinnienie kierowcy opierało się m.in. na tezie sądu, że mógł on przypuszczać, iż taksówkarz zatrzyma się, aby pieszego przepuścić. A że tak się nie stało, tego już kierowca volkswagena przewidzieć nie mógł. Czy powolna jazda w mieście, nie podyktowana warunkami ruchu, jest rzeczą dopuszczalną? Powolna jazda w tym wypadku oznacza na przykład prędkość wynoszącą połowę dopuszczalnej maksymalnej prędkości w określonym miejscu. Otóż żadne przepisy nie stanowią wprost, że nie wolno jeździć z prędkością poniżej określonej. Istnieją jednak nie tylko niepisane zasady, ale również pisane zalecenia, z których wynika nakaz poruszania się z określoną prędkością, poniżej której schodzić nie należy.

Sprawa jest w istocie delikatna, nie została bowiem określona zupełnie jednoznacznie. Przepisy powiadają, że ruchu na drogach nie Wolno tamować lub utrudniać. Zalecenie jest bardzo szerokie, a jego założenie to przede wszystkim”” ochrona płynności ruchu i zakaz wszelkich działań powodujących utrudnienie innym poruszania się z prędkością dopuszczalną w danych warunkach i miejscu. Chodzi oczywiście tylko o takie działania, które nie wynikają z warunków ruchu, lecz z widzimisię kierującego. Przykłady jednoznacznych przejawów tamowania ruchu można mnożyć: jazda środkiem wąskiej jezdni utrudniająca innym podjęcie manewru wyprzedzania, zatrzymanie się na jezdni w takim miejscu, że uniemożliwia to ominięcie stojącego pojazdu itp.

A jazda z prędkością 40 kilometrów na godzinę na jezdni, gdzie można jechać 70 kilometrów na godzinę, to również niedopuszczalne tamowanie ruchu, czy też zachowanie się z punktu widzenia przepisów drogowych obojętne? Komentatorzy prawa drogowego prezentują następującą tezę: „W warunkach wzrastającego natężenia ruchu tamowaniem lub utrudnianiem może być zbyt wolna w konkretnych okolicznościach jazda. W związku z tym znak ograniczenia prędkości powinien być czasem traktowany nie jako dyrektywa rozwijania szybkości mniejszej od wskazanej na znaku, ale jako znak szybkości kierunkowej, tzn. szybkości pożądanej na danej ulicy czy drodze”.

Chciałbym zwrócić uwagę, że cytowana teza w końcowym swym fragmencie mówi o prędkości pożądanej, a nie nakazanej, co osłabia jej wymowę. Myślę, że niepotrzebnie. Są przecież sytuacje, kiedy jazdę znacznie poniżej najwyższej dopuszczalnej prędkości można uznać nie tylko za niepożądaną, ale za zabronioną, i to właśnie przez przepis zakazujący tamowania ruchu. Bywają na naszych drogach bardzo długie, bo nawet kilkukilometrowe odcinki, na których obowiązuje zakaz wyprzedzania. Jeżeli na takiej drodze kierowca X przy znaku ograniczającym prędkość na przykład do 60 kilometrów na godzinę będzie jechał 30 kilometrów na godzinę, i to niczym do tak powolnej jazdy nie zmuszony, wówczas jego prędkość powinno się uznać nie tylko jako niepożądaną, ale wręcz jako wykroczenie. W tym wypadku zbyt małą prędkość można by ścigać jako niedozwolone tamowanie ruchu.

A oto inny przykład, tym razem dyskusyjny. Wyobraźmy sobie samochód, który porusza się prawym pasem ruchu z prędkością 5—10 kilometrów na godzinę, ponieważ kierowca wypatruje wolnego miejsca na chodniku, żeby zaparkować. Tak znaczne zmniejszenie prędkości zatrzymuje jadące za nim samochody, które są zmuszone również wydatnie zmniejszyć prędkość, bowiem ulica jest ruchliwa, a pas środkowy zajęty. Jest to klasyczny przykład tamowania ruchu. Z drugiej jednak strony, jak znaleźć wolne miejsce na chodniku, aby zaparkować, jeżeli się nie zwolni? Otóż uważam, że kierowca zamierzający parkować na chodniku nie może szukać takiego miejsca znacznie zwalniając, gdy dzieje się to w potoku ruchu wielu samochodów, przy zajętym pasie środkowym, a więc w sposób tamujący ruch. Taka powolna jazda dopuszczalna jest jedynie wówczas, gdy sytuacja ruchowa na jezdni na to zezwala.

Podobne wpisy