Odpowiedzialność karna kierowcy

Odpowiedzialność karna kierowcy ma swe źródło przede wszystkim w naruszeniu przez niego zasad bezpieczeństwa, choćby nawet w sposób nieumyślny. Dużo jednak zależy od tego, w jakich okolicznościach owo naruszenie zasad bezpieczeństwa nastąpiło i na czym polegało. Jest rzeczą oczywistą, że w trudnej sytuacji drogowej kierowca niedoświadczony łatwiej popełni błąd niż ten, kto już przejechał w swym życiu wiele tysięcy kilometrów. Błąd taki może być równoznaczny z naruszeniem zasad bezpieczeństwa i stanowić podstawę odpowiedzialności karnej. Otóż w jednym z wyroków wydanych w 1979 roku Sąd Najwyższy wypowiedział następujący pogląd:

„Brak doświadczenia oskarżonego w kierowaniu samochodem mógłby być uwzględniony na jego korzyść wówczas, gdyby oskarżony stanął w obliczu zaskakującej sytuacji drogowej, której nie umiałby sprostać. Sytuacja taka w odniesieniu do oskarżonego J. D. nie miała miejsca, albowiem wypadek nastąpił na lekkim łuku i — jak wynika z ustaleń w sprawie i z opinii biegłego — jedynie nieprawidłowe zachowanie się oskarżonego doprowadziło do wypadku. Na drodze nie było innych uczestników, którzy mogliby przyczynić się w jakikolwiek sposób do zaistniałego zdarzenia”.

Przedstawiony pogląd Sądu Najwyższego jest jednoznaczny: brak doświadczenia może stanowić istotną okoliczność łagodzącą stopień winy sprawcy, a niekiedy nawet stanowić podstawę jego uniewinnienia, ale jedynie w sytuacji konfliktowej, trudnej i przez sprawcę wypadku niezawinionej. Chodzi o takie sytuacje, w których tylko dzięki doświadczeniu można zareagować w sposób prawidłowy, a przy braku doświadczenia łatwo o błąd. Błąd popełniony w sytuacji, która kierowcę po prostu przerasta, może być potraktowany łagodniej, a nawet wybaczony. Nie można natomiast wybaczać błędów wynikających z brawury, lekkomyślności czy niedbalstwa, nawet jeżeli kierowca jeździ od bardzo niedawna i jego doświadczenie jest rzeczywiście niewielkie.

Chciałbym powyższe wywody zilustrować przykładem sprawy, w której kierowca został uniewinniony. O takiej właśnie treści wyroku zadecydował fakt, że kierowca nie miał niezbędnego doświadczenia, aby sprostać trudnej i nie zawinionej przez siebie sytuacji. A oto fakty. W chwili, gdy syrena prowadzona przez Kazimierza W. zbliżała się do skrzyżowania, na sygnalizatorze ulicznym zapaliło się czerwone światło dla jej kierunku jazdy. Kierowca rozpoczął hamowanie, ale bezskutecznie. Pedał dochodził do podłogi, nie dając wszakże najmniejszych nawet efektów w postaci zmniejszenia prędkości samochodu. Jednocześnie na przejściu pojawili się ludzie. Widzieli oni wprawdzie nadjeżdżającą syrenę, nie mieli jednak żadnego poczucia zagrożenia. Przechodzili przecież przy zielonym świetle, a o awarii hamulców samochodu wiedzieć nie mogli. Kierowca syreny nie miał szans zatrzymania się przed przejściem, mógł jednak znacznie zmniejszyć ryzyko wypadku. Wystarczyło zapalić światła drogowe i uruchomić w sposób ciągły sygnał dźwiękowy. Ostrzegłby w ten sposób przechodzących pieszych o niebezpieczeństwie i zapewne wszystko skończyłoby się na strachu, tym bardziej że prędkość samochodu tuż przed pasami była już niewielka. Kierowca syreny ani nie włączył świateł, ani nie uruchomił sygnału. Jechał wprost na przechodniów i potrącił dwie osoby.

W opowiedzianym przypadku występowali dwaj biegli do spraw techniki jazdy i ruchu drogowego. Stwierdzili oni, że awaria hamulców syreny wystąpiła nagle i mogła być dla Kazimierza W. zaskoczeniem. Ustalili jednak, że od chwili, gdy kierowca przekonał się o bezskuteczności hamowania, do momentu najechania na pieszych minęło co najmniej 7 sekund. Jest to wystarczająco długi czas, aby podjąć niezbędne działania w celu zmniejszenia ryzyka wypadku. Biegli stwierdzili, że niewłączenie sygnału dźwiękowego, aby ostrzec pieszych, było oczywistym błędem w sztuce prowadzenia samochodu. A jednak sąd oskarżonego uniewinnił. Zadecydował fakt, że Kazimierz W. był kierowcą niedoświadczonym: miał prawo jazdy od miesiąca. Sąd uznał, że sytuacja go przerosła.

Jakże charakterystyczny dla omówionej sprawy jest pogląd przedstawicieli praktyki i nauki prawa karnego w NRD, którzy wypowiadając się ponad 20 lat temu na temat kwestii winy proponowali m.in. następujące rozwiązanie: „Nie popełnia przestępstwa — nawet nieumyślnego — ten, kto z powodu niezawinionego osobistego nie- dorośnięcia do sytuacji bądź niezdolności należytego zrozumienia oraz oceny okoliczności i skutków własnego działania nie był w stanie wypełnić z całkowitą świadomością swych obowiązków” („Neue Justiz” 9/1962).

Jeden z wypadków drogowych w województwie nowosądeckim miał następujący przebieg. Pasażer oczekujący na autobus PKS-u siedział na poboczu pod drzewem. Gdy zobaczył zbliżający się autobus, dobiegł do krawędzi jezdni, zatrzymał się na chwilę, po czym wbiegł na jezdnię akurat na tor nadjeżdżającego pojazdu. Kierowca autobusu gwałtownie zahamował, uderzając pieszego przy niewielkiej już prędkości. Mimo to skutek wypadku okazał się tragiczny. Pieszy zginął.

Podczas śledztwa ustalono, że kierowca autobusu miał szansę uniknięcia wypadku. Występujący w sprawie biegły orzekł, że kierujący autobusem powinien był użyć sygnału dźwiękowego, czego nie uczynił, po czym skręcić kierownicą w lewo i pieszego ominąć, czego uczynić nie mógł, ponieważ awaryjne hamowanie autobusu doprowadziło do zablokowania kół, a w konsekwencji — do utraty sterowności. Przy zablokowanych kołach nie sposób kierować żadnym pojazdem, a więc kierowca autobusu był bezradny. Jako jedyny zarzut pozostało nieużycie sygnału dźwiękowego. Nikt nie miał pretensji o to, że kierowca nie próbował ominąć pieszego.

Przedstawiony liberalizm, jeśli chodzi o wymaganie prawidłowej techniki jazdy, był wspólny zarówno dla biegłego i prokuratora, jak i sądu. Okazuje się, że dość typowy błąd w sztuce, polegający na spowodowaniu zablokowania kół pojazdu w chwili awaryjnego hamowania, a następnie nieumiejętność doprowadzenia do odblokowania kół, jest w odczuciu tych, którzy kierowcę karnie „rozliczają”, po prostu fatum.

Podobne wpisy